" O Kruszwickiej Kolegiacie "
Był wiek XI. Do kruszwickiego grodu powoli zaczęły napływać wieści o nowej wierze, o chrześcijaństwie. Przynosili je wędrowni mnisi przemierzający kujawkie trakty, ubodzy zakonnicy wędrujący puszczańskimi bezdrożami, a także przybysze z niedalekiego Gniezna, opowiadając o świętym Wojciechu, który krzewiąc nową wiarę, został zabity przez pogańskich Prusów.
Trudno było mieszkańcom Kruszwicy pogodzić się z myślą, że Światowid, do którego zwracano się w chwilach zagrożeń, nie jest w stanie im pomóc. Trudno było zmienić wielowiekowe przyzwyczajenia, zwyczaje, obrzędy.
Uważnie wsłuchiwano się w nauki głoszone przez mnichów, zadawano wiele pytań, wspólnym dyskusjom nie było końca. Wreszcie grodowa starszyzna zdecydowała się na przyjęcie chrztu św.,co oznaczało, że przyjęto nową wiarę.
Podczas grodowego wiecu podjęto decyzję o budowie w Kruszwicy, w miejscu gdzie od niepamiętnych czasów stał drewniany posąg Światowida, katolickiej świątyni.
Wyruszyli więc drwale do puszczy, by ściąć najbardziej okazałe dęby, buki i jesiony. Z górskich krain przywieziono ogromne, granitowe bloki. Zatrudniono najlepszych murarzy i cieśli, nic więc dziwnego, że mury budowanego kościoła rosły z miesiąca na miesiąc,
Niebawem świątynia była gotowa i coraz bardziej liczni wyznawcy nowej wiary, mogli się w niej modlić. Słowa modlitw i śpiewanych tu pieśni słychać było w całej okolicy, nawet w głębi otaczającej gród puszczy.
Oj, nie podobało się to mieszkającemu w dziupli ogromnego dębu, puszczańskiemu diabłu.
Ze swej kryjówki często straszył i namawiał do złych uczynków wszystkich, którzy zapuścili się w ostępy nadgoplańskiej puszczy. Bywało, że diabeł miotał w kierunku kościoła ogromne głazy, lecz żarliwe modlitwy mieszkańców kruszwickiego grodu, chroniły świątynię przed zniszczeniem, głazy odbijały się od kościelnych murów nie czyniąc żadnych szkód.
Aż pewnej bezksiężycowej nocy, a właśnie wtedy diabelska moc jest największa, diabeł rzucił się ze swymi ostrymi pazurami na kościelne mury. Wbił swe szpony w kamienie i zaczął je szarpać. Szarpał mury całą noc i kościół był już bliski zburzenia. Niewiele tym razem pomogły modlitwy zakonników i nabożne pieśni śpiewane przez mieszkańców Kruszwicy. Wszystkim wydawało się, że budowana z tak wielkim trudem świątynia legnie w gruzach. Diabeł był już bardzo bliski celu, gdy nagle promyki porannej jutrzenki rozświetliły niebo, a w pobliskiej zagrodzie zapiał pierwszy kur. Przestraszył się koguciego piania i pierwszych słonecznych promieni zły diabeł. Czmychnął czym prędzej do boru i nikt go już nie widział. Kościół ocalał i do dnia dzisiejszego świadczy o wielkich umiejętnościach budowlanych naszych przodków. Podziwiając piękno kruszwickiej kolegiaty, zwróćmy uwagę na rysy na granitowych blokach z których zbudowana jest świątynia.
Wielu jest takich, którzy twierdzą, że to ślady diabelskich pazurów, pozostawione podczas pamiętnego napadu puszczańskiego diabła.
( z opracowania Elżbiety Biernat )